Kochani po Waszych filmikach ani widu ani słychu 類, ale cierpliwie czekamy Tymczasem u nas kolejny film, który powinien przekonać Was dlaczego warto
A co tam w remoncie drogi Pakosław - Lwówek słychać? A no nic. Kolejny raz w trakcie dwóch tygodni tamtędy jadę i ekipy remontowej ani widu ani słychu.
Długo zastanawialiśmy się z Martą za jaką toplistę wziąć się tym razem. Uznaliśmy, że pogoda ładna, czasu nie ma specjalnie dużo, myśleć się nie chce i warto by opisać filmy bezdennie głupie, ale w swoim gatunku charyzmatyczne, przebojowe i efektowne. Wpadliśmy więc na pomysł TOP 10, która opisze serie, w naszym mniemaniu bliźniaczo podobne do Szybkich i Wściekłych. Ma być bez sensu, ale za to z rozmachem. Ważnym czynnikiem jest też definiowanie swojego gatunku na nowo, przekraczanie ogólnie przyjętych granic. Aby ułatwić sobie nieco zadanie przy wyborze perfekcyjnej dziesiątki przyjęliśmy jeszcze jeden aspekt: muszą istnieć minimum trzy filmy z danej serii. Mam nadzieję, że udało nam się w tej topce zebrać największe perełki, które z pewnością pozwolą Wam fajnie i beztrosko spędzić kilka wieczorów. Kolejność nie odzwierciedla tego co o danych produkcjach myślimy i jest przypadkowa. Natomiast tak jak zawsze ja zabrałem się za stworzenie miejsc parzystych, a Marta nieparzystych. Zajrzyjcie koniecznie na jej Twittera – jest specjalistką od filmów, a już najbardziej tych z gatunku „grozy”. Wciągnijcie ją kiedyś do rozmowy, a nie pożałujecie. Mnie również znajdziecie na Twitterze, na moim blogowym fanpage’u oraz na Instagramie. Zapraszamy do kontaktu i zostawiania komentarzy! 10. Pitch Perfect Gdy chodzi o pomysł na serię głupią, bezsensowną i okropną nawet na papierze, to nic nie przychodzi mi do głowy szybciej niż Pitch Perfect. Jeśli z jakiegoś powodu Waszym pierwszym skojarzeniem jest twarz Vin Diesela czy sama postać Riddicka – to nigdy nie byliście w większym błędzie. Pitch Perfect opowiada o żeńskim zespole śpiewającym acapella czyli bez muzyki. Chociaż może nie do końca, gdyż chodzi o brak muzyki instrumentalnej, a same członkinie coś tam sobie buczą czy beatboxują. Wspomniane dziewczyny (z główną rolą Anny Kendrick) występują w rozmaitych konkursach – i mniej więcej na tego typu rywalizacji opiera się każdy z filmów. No więc na tym kończy się fabuła, a jakieś niesnaski, miłostki i inne tego typu atrakcje mało kogo w tej serii obchodzą i w sumie nie mają żadnego znaczenia. Wykonywane utwory to najczęściej covery znanych i lubianych szlagierów, które na bank znacie z radia. Jeśli oglądaliście kiedyś serialowe Glee i brakuje Wam muzycznych produkcji o niczym – Pitch Perfect to trzy durne (ale niezłe!) filmidła z niesamowitą ścieżką dźwiękową. Mam przeczucie, że seria na trójce się nie skończy, więc jak najszybciej zacznijcie nadrabiać zanim kolejna część wyląduje w kinach! 9. American Pie American Pie? Klasyka młodzieżowej komedii czy tego chcemy czy nie. Powstało już pewnie jakieś milion kolejnych części, ale tutaj pragnę wyróżnić jedynie główne, jeszcze ze “starą” ekipą. Ja wiem, że to jest złe, tandetne, a pewnie niejeden psycholog powiedziałby też, że szkodliwe. Żarty są tanie, seks wyjątkowo przerysowany, a bohaterowie niesamowicie durnowaci. Przy tym wszystkim, cała seria to jednak fajne i szczere kumpelskie kino o grupce popieprzonych znajomych oraz ich zmaganiach u progu dorosłości. Z dziewczynami, kumplami i tym dziwnym mitycznym seksem. Rozczula zwłaszcza plejada postaci: jeden w ogóle nie radzi sobie w sprawach damsko-męskich, drugi dziewczyny zmienia jak rękawiczki, a jeszcze inny marzy o seksownej matce swojego kumpla, prawdziwej kobiecie idealnej. Śmiem twierdzić, że zwariowana amerykańska seria, wzbogaciła edukację seksualną kolejnego pokolenia dorastających widzów, bardziej niż niejedna jej lekcja w szkole. Dziś kiedy tego typu historie dostajemy na każdym kroku i w każdej formie, historia młodego chłopaka i jego szarlotki raczej nie miałaby racji bytu. Magia sentymentu wciąż jednak działa, więc powtórkowe seanse pierwszych części to nie tylko dużo niewybrednej rozrywki, ale i wspomnienia czasów, kiedy wszystko było nowe, a świat stał przed nami otworem, zapraszając do poznania jego najbardziej pikantnych tajemnic 🙂 8. Droga bez powrotu Początkowo “Droga bez powrotu” nawet straszyła, a przede wszystkim miała ambicje na zostanie dobrym, długo zapamiętanym slasherem o kanibalach i grupie niezbyt okrzesanych turystów. Jeśli o o mnie chodzi to kupiłem w ciemno całą formułę: gęsty las, zepsute samochody, opuszczone chatki i trójkę zmutowanych wieśniaków, która gania z łukiem czy siekierką głównych, obowiązkowo niezbyt mądrych bohaterów. Dwie późniejsze wariacje (więźniowie z zepsutego autobusu oraz.. survivalowe reality show) trzymały poziom, aczkolwiek dawały bardzo wyraźny sygnał, że coś tu zaczyna być nie tak i należy uważać. Dziś “Droga bez powrotu” to 6 coraz głupszych części, które z butelką piwa i dużą paczką chipsów ogląda się jak w hipnozie (ale nie jak w Hipnozie od TVNu, nienienie). W momencie, gdy dystrybucja tych niezwykłych horrorów wyskoczyła z kina i została skierowana wyłącznie na rynki DVD, a dodatkowo kolejne filmy zostały niejako obiecane rokrocznie na każde kolejne Halloween – osobiście byłem wniebowzięty. Pamiętam jak siadaliśmy z młodszym bratem przed TV, wrzucaliśmy krążek do wiekowego już odtwarzacza i przez dokładnie półtorej godziny delektowaliśmy się coraz to durniejszym festiwalem zboczeń i coraz śmielej przegiętych morderstw. I było fajnie, bo rozrywkę otrzymywaliśmy w stałym przedziale czasowym i na najniższym poziomie (w slasherach to czasami ważne!). Niestety od 2014 roku w temacie kanibali zapanowała wyjątkowa cisza, a kolejnych części ani widu ani słychu. Aczkolwiek miejsce na tej liście Droga bez powrotu zajmuje iście zaszczytne – seria co prawda nie jest tak kultowa jak wszystkie Jasony, albo inne Koszmary z Ulicy Wiązów, ale warta sprawdzenia – koniecznie przy piwku, a jeszcze lepiej w grupie. Dla mnie (i wiem, że dla Marty też) absolutne mistrzostwo taniości i tandety. 7. Naga broń Klasyka amerykańskiej komedii, spod ręki niepowtarzalnego Davida Zuckera. Mimo że dowcip w wykonaniu Franka Drebina, według dzisiejszych prawideł – nazwalibyśmy wyjątkowo suchym – nie sposób nie śmiać się podczas seansu każdej kolejnej części. Nie psuje tego nawet fakt, iż w jednej z bardziej poczciwych ról pojawia się sam Simpson. Dokładnie ten Simpson! Motorem napędowym serii są jednak nie tyle suche żarty, co bezczelne i bezkompromisowe wyśmiewanie dóbr popkultury czy ówczesnego kina. Dostaje się każdemu i to jak najmocniej się da. Dla twórców nie ma żadnych świętości, więc z każdej strony obrywają najbardziej lubiane i popularne hity. Wyłapywanie co lepszych smaczków i nawiązań, może więc sprawiać nie lada frajdę miłośnikom amerykańskiego kina. Można się co prawda czepiać, zarzucać serii wyjątkowo durne poczucie humoru, seksistowskie żarty i rozpoczęcie mody na głupawe komedie, ale jedno trzeba twórcom przyznać: niewielu naśladowców potrafiło w kolejnych latach w sposób równie błyskotliwy co zgryźliwy nabijać się z kina i naszych przyzwyczajeń. (Jeśli mało Wam idiotycznego humoru to Naga Broń była również serialem o nazwie Police Squad dop. Piotrek) 6. XXX Wiem o czym pomyśleliście, ale niestety nie opisuje w tym miejscu losowego filmu pocieranego czy innej produkcji oralnego niepokoju. XXX to klasyka dobrej bitki z niezastąpionym i nabuzowanym niczym ruski traktor Vin Diesel’em. Całość kręci się wokół szybkich samochodów, szybkich kobiet i jeszcze szybszych sportów ekstremalnych. W kilku słowach wszystko wybucha, ludzie skaczą ze spadochronu, aby tłuc się w powietrzu z innymi ludźmi, a główny bohater promuje tylko dobre amerykańskie wartości. Jeśli seria o Bondzie jest dla Was zbyt nudna, a Johny English z Jasiem Fasolą zbyt głupi – sprawdźcie co robią nasterydowani agenci specjalni w serii dla prawdziwych mężczyzn. Trzy filmy, z czego najnowszy (i najlepszy) z 2017 roku. Ja chociaż początkowo sceptyczny – dziś mam ochotę na więcej, lepiej i mocniej! Obyśmy się doczekali kolejnych przygód niestrudzonego zabijaki! 5. Noc oczyszczenia Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, co bardziej zasługuje na miejsce na tej liście? Piła, czy może Noc Oczyszczenia? Obydwa tytuły bazują na wyjątkowo krwawych i wymyślnych scenach tortur i morderstw, jako pretekst wykorzystując całkiem ciekawy pomysł fabularny. W Pile jest to wątek ponoszenia odpowiedzialności za to jaki mamy wpływ na swoje życie i życie postronnych osób, w Nocy… trochę niewygodna prawda o tym, że w sumie to nie wiemy do czego bylibyśmy zdolni, gdyby nie ograniczało nas prawo. Ostatecznie postawiłam na ten drugi tytuł, nie tylko ze względu na pomysłowy motyw przewodni, ale i ogólne wykonanie. Noc oczyszczenia to nie tylko szpila wbita w nasze poczucie bezpieczeństwa, ale i bajeczna, nieco cyrkowa forma. Mroczne, groteskowe maski, które przywdziewają obywatele wyruszający na łowy, podrasowane samochody i ogólny klimat makabrycznego przedstawienia, to mocne strony każdej kolejnej części. Pierwsza z nich była dość skromnym dramatem rodzinnym, w którym estetyka filmów home invasion, dopiero zaczynała zmierzać w mocno przerysowane tony, które stały się udziałem kolejnych części. Dziś dostajemy już prawdziwą jazdę bez trzymanki, bo obywatele Stanów Zjednoczonych wręcz prześcigają się w wymyślaniu co bardziej kuriozalnego sposobu zgładzenia najbardziej wkurwiających ludzi w swoim otoczeniu. Skoro prawo na to pozwala, to dlaczego by nie skorzystać ;)? 4. HAROLD I KUMAR TRYLOGIA Harold i Kumar to seria odrobinę zapomniana, a przez wielu z Was całkowicie pominięta. Bo przyznajcie szczerze: ilu z Was drodzy czytelnicy słyszy o niej pierwszy raz? A tymczasem mamy tu do czynienia z całkiem niezłą trylogią, która generalnie opiera się głównie na jaraniu blantów. Już pierwsza część czyli „O dwóch takich, co poszli w miasto” nie jest zbyt inteligentna – dwóch nastukanych pod korek koleżków widzi w telewizji reklamę White Castle – hamburgerowni z uroczymi malutkimi burgerami. Postanawiają za wszelką cenę tam dotrzeć i ugasić swoją rosnącą gastrofazę, a podczas wędrówki czeka ich oczywiście całe morze niedorzecznych przygód. Kawały o gejach, fiutach, dupach, zielsku i rasizm? Zapraszamy na seans! Najjaśniejszą częścią całej filmowej serii jest Neil Patrick Harris (który wtedy jeszcze był na topie dzięki roli Barneya z Jak Poznałem Waszą Matkę). Neil gra trochę samego siebie, a trochę wspomnianego Barneya w nieludzko podrasowanej wersji czyli ćpuna, zboczeńca i ostrego ruchacza. Cała seria liczy trzy filmy, oprócz wspomnianego „wyjścia w miasto” są jeszcze „Harold i Kumar uciekają z Guantanamo” oraz „Harold i Kumar 3D: Spalone święta”. I chociaż ostatni film nie jest moim ulubionym, bo gwiazdkowe produkcje zwykle mnie odrzucają – gdzie indziej zobaczycie Świętego Mikołaja nafaszerowanego śrutem ze strzelby? Oj, scenarzyści byli chyba bardzo niegrzeczni w tamtym roku. Seria idealna do pośmiania się w małej grupce, albo spokojnego wieczoru z blantem czy obowiązkowo schłodzonym piwkiem. Jestem pewien, że większości z Was się spodoba. Tylko nie na trzeźwo! Nie wolno! 3. Oszukać przeznaczenie Jedna z najbardziej pomysłowych filmowych serii EVER. Mimo że każda kolejna część była już odrobinę słabsza, to jednak wszystkie oglądało się ze sporą przyjemnością. Gratką dla wiernych miłośników serii były różne smaczki i nawiązania do poszczególnych odsłon, pojawiające się tonami w każdym kolejnym filmie. Przykładowo finałowy twist w piątej odsłonie, z pewnością zaskoczyłby niejednego widza nawet i dziś, a jak wiemy lęk przed śmiercią i jej nieuchronność nie znają granic. Twórcom przez długi czas udawało się bezbłędnie utrzymać zainteresowanie widza pomysłowymi zwrotami akcji i tajemniczą atmosferą. Dorastający miłośnicy horrorów mogli również utożsamiać się z nastoletnimi bohaterami i kibicować w walce z tak trudnym przeciwnikiem jakim jest dla każdego z nas przeznaczenie. Co tu dużo mówić, magia sentymentu i wspomnień trwa do dziś, a wracanie po latach do poszczególnych produkcji z tej serii to nadal przepyszna zabawa. I jeśli chwilę się nad tym zastanowić – drugiej takiej horrorowej epopei nie ma i pewnie już nigdy nie będzie. 2. Step-UP Rozmawiając z Martą o niniejszej TOP Liście kierowaliśmy się wspomnianym już wcześniej kryterium: seria o której piszemy to Szybcy i Wściekli swojego gatunku, absolutny fenomen i nowa jakość. Tak więc nie mogło zabraknąć tu najsłynniejszej serii tanecznej, która w moim odczuciu zrewolucjonizowała i przeniosła na nowy poziom produkcje muzyczne. Seria Step-Up to prosta, ale efektowna fabuła, w której przeplatają się: taniec, miłość, taniec, zdrada, taniec i jakiś wielki konkurs tańca. To także wypalająca oczy choreografia (chociaż moim zdaniem dopiero od Step UP 3D) i niezwykłe pokazy giętkości pięknych i młodych tancerzy. W serii tej dominuje hip-hop i street dance, ale nie zabrakło też baletu, tańca towarzyskiego czy gorących latynoskich rytmów. Rozrywka totalnie odmóżdżająca, wspaniała graficznie i zniewalająca ruchowo. Nie liczcie więc na cytowanie szekspira, ale na mnóstwo kolorowego tańca – niekiedy przeczącego wszystkim prawom fizyki. Seria Step-Up liczy obecnie pięć części, niestety od 2014 roku nie pojawiły się plany, ani zapowiedzi kolejnych. Ja jednak mam nadzieję, że moje ulubione produkcje taneczne nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Bo liczne podróby jak Honey czy Street Dance są niestety całe lata świetlne za tymi niezwykle głupimi, ale efektownymi produkcjami. 1. Szybcy i wściekli Pierwszy tytuł jaki przychodzi mi do głowy na myśl o głupawych seriach, przy których człowiek śmieje się jak prosię to właśnie Fast and Furious. Seksowne laski, twardzi faceci, zajebiste fury i ekstra plenery. A do tego bezkresne morze suchych one-linerów i absurdalnych sytuacji. Czego chcieć więcej! Cała seria o szybkich i wściekłych to prawdziwe uosobienie rozrywki, o której wstydzimy się powiedzieć, że nas rajcuje. Wobec każdej kolejnej pojawiającej się części, nie mam najmniejszych oczekiwań, dlatego zawsze bawię się świetnie. Kto myśli o prawach fizyki, gdy w bajecznych plenerach ścigają się najpiękniejsze auta świata, kierowane przez największych twardzieli kina akcji lub ich równie bezkompromisowe towarzyszki? Bo wbrew pozorom, cała seria, to nie tylko parada falujących biustów i pośladków, ale i świetne kobiece postaci, które w niczym nie ustępują facetom. Gal Gadot była prawdziwą twardzielką już przed przywdzianiem kostiumu Wonder Woman! A Michelle Rodriguez? Która z nas nie chciałaby każdego problemu traktować z buta tak jak ona? Ale nie bawmy się w głębsze interpretacje i doszukiwanie się sensu. Szybcy i Wściekli to przede wszystkim wyśmienita, kolorowa, energetyczna, pulsująca wysokimi temperaturami rozrywka, przy której łatwo zapomnieć o bożym świecie. Kto by się przejmował jakimiś drobiazgami, gdy niektórych życie pełne jest problemów w stylu: jak bezpiecznie zaparkować samochodem, który właśnie wyskoczył z bajecznie eleganckiego wieżowca.
Petrović: Ukraińcy toczą ciężkie boje w Donbasie. Po niemieckiej broni ani widu, ani słychu https://tvp.info/60648878/petar-petrovic-ukraincy-tocza-ciezkie-boje
„Incepcja” przyszła i poszła, rozdziawiając nam otwory gębowe scenariuszem jakby utkanym z kosmosu i zostawiając nas w tym stanie na długie miesiące. O filmie Nolana różne rzeczy można mówić, ale na pewno nie to, że nie prowokował do przemyśleń. Od tamtej pory trudno było się natknąć na równie mózgotrzepny film s-f – no, był „Kod nieśmiertelności”, ale dzieło Duncana Jonesa razem z jego pogrążającym całość zakończeniem wolałbym zbyć milczeniem. Bryndza na polu oryginalnych, ambitnych filmów science-fiction trwała w najlepsze. Aż do bowiem nadszedł „Looper” – dzieło niejakiego Riana Johnsona, autora takich filmów jak „Kto ją zabił?” ("Brick") i „Niesamowici bracia Bloom”. Nie widzieliście ich? No właśnie, jesteście w większości. Cóż, jeśli o „Looperze” można napisać coś pewnego, to na pewno to, że ze wszystkich filmów amerykańskiego reżysera ten będzie miał największą szansę na wypromowanie jego nazwiska. A biorąc pod uwagę jakość dzieła – warto go promować.„Podróży w czasie jeszcze nie wymyślono” – mych uszu dochodzi mętny, czarny jak smoła głos Josepha Gordona-Levitta we wprowadzającej scenie. – „Ale stanie się to za trzydzieści lat”. Ooooooo tak, moje trzewia już wyczuwają tę charakterystyczną dla Hollywoodu narrację z offu, która wszystko tłumaczy a la wymuszony przez producentów voice-over Harrisona Forda w „Blade Runnerze”. Dobra, nieważne. Jak film będzie dobry, to olać narrację. Jedziemy z tym wygląda tak: jesteśmy w Kansas City, rok 2044. Film stwierdza jasno – przyszłość do świetlanych nie należy. Wizję Johnsona można scharakteryzować jako coś pomiędzy Blade-runnerowym cyberpunkiem, a ponurą dystopią rodem z „Ludzkich dzieci” Alfonso Cuarona czy „Dystryktu 9” Neilla Blomkampa. Mamy tu pełen sztafaż urbanistycznych opowieści sci-fi: wielkie metropolie, wieżowce wyraźnie inspirowane dubajską Burj Khalifą, poduszkowce swobodnie szybujące ulicami, a wszystko to w nocy świeci się śliczniej niż choinka na Boże Narodzenie. Niestety – podobnie jak w przypadku Paris Hilton lub innych tego typu dystopii – zewnętrzne piękno jest jedynie fasadą dla postępującej wewnątrz degradacji społecznej i opryszczki odbytu. Film Johnsona każe nam przypuszczać, że społeczny porządek świata – a na pewno Stanów Zjednoczonych – został zniszczony przez jakiś nieokreślony kryzys gospodarczy. Na ulicach Kansas panuje wszechobecna bieda, wieczne bezprawie i całkowita anarchia – uciekający ze skradzionym jedzeniem bezdomni są zdejmowani z dubeltówek przez amerykańskich rednecków, po ulicach włóczą się wygłodniałe dzieci w obdartych łachmanach, a działalności gospodarczej w zasięgu wzroku brak – apatia wolnego rynku na pełnym gazie. Jest tylko Ona – MAFIA. Wszechobecna, kasiasta i bezwzględna, utrzymująca niemal absolutną władzę. A policji ani widu, ani słychu. Nie jest łatwo. Coś jak niedawny „Dredd 3D”.Jak widać, koncepcja świata autorstwa Riana Johnsona do oryginalnych nie należy, jednak jeśli już jakiegoś świeżego elementu się w niej doszukiwać, to jest nim złączenie krajobrazu na wskroś miejskiego, brudnego i obskurnego z terenami dzikiej, dziewiczej natury – tutaj reprezentowanymi przez pola kukurydzy amerykańskiej prerii. Ich wizualne ujęcie czasem naprawdę robi wrażenie. Szkoda tylko, że tego samego nie da się powiedzieć o efektach specjalnych towarzyszących przecinaniu tych pól przez skutery powietrzne – sceny te naprawdę straszą wyjątkowo źle ukrytym green screenem i CGI.[pullquote]Design broni w "Looperze" to jedna z najsilniejszych stron tego filmu.[/pullquote]No ale wróćmy do meritum. Naszym bohaterem jest Joe Gordon-Le… znaczy Joe, chciałem powiedzieć, amerykański Joe, grany przez zawsze przystojnego i uroczego Josepha Gordona-Levitta. Joe pracuje dla mafii, ale jeśli myślicie, że to zwykła mafia, to pomyślcie jeszcze raz. Praca Joego nie należy bowiem do typowych zajęć amerykańskiego gangstera. Koleś codziennie rano wstaje, dostaje faksem karteczkę z wydrukowaną godziną, jedzie na pobliskie pole kukurydzy, wyciąga wielką giwerę (notabene design wyposażenia w "Looperze" to jedna z najsilniejszych stron tego filmu) i celuje w pustą przestrzeń przed sobą. Następnie wyciąga z kieszeni śliczny złoty zegarek i… stoi tak, czekając aż na zegarku wybije godzina wskazana przez faks, który dostał do domu. Godzina w końcu wybija i – bach, magia! – przed Joem nagle pojawia się związany człowiek z workiem na głowie, usadowiony na klęczkach. Będąc romantycznym twardzielem po przejściach, Joe nie zastanawia się długo i od razu zdejmuje gościa ze swojej wielkiej giwery. Idzie po ciało, zdejmuje przytroczone do niego sztabki srebra i idzie się zameldować do szefostwa. Po drodze jeszcze parę razy zakropi sobie oczy dziwnym, wyostrzającym zmysły specyfikiem, z którego by pewnie korzystał szczęśliwie Philip K. Dick, gdyby dożył sędziwszego wieku niż pięćdziesiąt trzy co tu w ogóle chodzi? Ano tutaj właśnie zaczyna się mindfuck – bowiem widzicie, moi drodzy, ofiary Joego, tak nagle pojawiające się znikąd na polu kukurydzy pod Kansas, są przysyłane z przyszłości. Sytuacja wygląda tak: około roku 2074 ludzkość opracuje technikę podróży w czasie, ale niemal natychmiast zostanie ona zdelegalizowana. Jako że na świecie do tego czasu wiele się raczej nie zmieni, to mafiozi dalej będą kontrolować wszystko, co tylko możliwe – przejmą więc i nową technologię. „Looper” każe nam uwierzyć, że w przyszłości – z jakichś nieokreślonych powodów – znajdowanie i identyfikowanie martwych ciał jest niezwykle łatwe. Mafia więc – która, jak wiadomo, w biznesie produkcji martwych ciał nie ma sobie równych – wymyśla iście szatański sposób na pozbycie się ich. Otóż mafiozi łapią swoje ofiary, krępują je, zakładają im worki na głowy, po czym wysyłają w przeszłość, aby tam zostały zlikwidowane przez takich właśnie ludzi jak Joe – czyli looperów*. Skąd w przeszłości biorą się ci looperzy, zapytacie? Ano stąd, że przyszli gangsterzy wysłali jakiś czas przed akcją filmu w przeszłość niejakiego Abe'a – gościa, który założył całą „teraźniejszą” działalność sprzątającą i, przypuszczalnie, w jakiś tajemniczy, nieokreślony w filmie sposób przyjmuje polecenia od swoich mocodawców z przyszłości. Gra go świetny w swojej roli, nieco zapomniany dziś Jeff Daniels – i jego dialog z Joem należy do najlepszych i najśmieszniejszych momentów jeśli myślicie, że to już koniec mindfucków, które "Looper" nam serwuje, to jesteście w błędzie. Otóż okazuje się, że w przyszłości podróże w czasie są tak bardzo zakazane, że mafiozi czasem pozbywają się byłych looperów, aby uniknąć sytuacji, w której taki looper zostanie schwytany przez władze i wyjawi im dane organizacji, dla której kiedyś pracował. Taki looper zostaje zabrany przez gangsterów, cały jego dobytek zmieciony z powierzchni ziemi, a on sam wysłany w przeszłość, gdzie… zostaje zabity przez swoje przeszłe wcielenie. Dla takiego loopera z przeszłości to wydarzenie jest równoznaczne z rozwiązaniem kontraktu – dostaje on sowitą odprawę, po czym może udać się w świat gdzie tylko zechce, wiedząc że ma przed sobą trzydzieści lat życia i że kiedyś – prędzej czy później – zostanie dowieziony przez swoich byłych pracodawców z workiem na łbie do wehikułu czasu i zabity przez swoje przeszłe ja. Takie zdarzenie nazywa się "zamknięciem pętli". Jeśli zaś tak się stanie, że widząc swoje przyszłe wcielenie looper się zawaha, nie zabije swojego celu, a ofiara mu ucieknie – zostaje on natychmiast zabity, aby jego przyszłe ja nie narobiło żadnych to i mając jednocześnie świadomość, że w filmie gra pięćdziesięciosiedmioletni Bruce Willis u boku trzydziestojednoletniego Levitta, możemy już sobie wyobrazić jaki problem ma głównie na konflikcie tych dwóch mężczyzn – dwóch wcieleń tej samej osoby – zasadza się akcja filmu. Po raz popełnionym błędzie, teraźniejszy Joe będzie się starał za wszelką cenę dopaść i usunąć swoje przyszłe ja, podczas gdy jego przyszłe wcielenie ściga się z czasem w poszukiwaniu tajemniczego Deszczowca – dziecka, które za trzydzieści lat przejmie kontrolę nad światowymi organizacjami mafijnymi i zacznie zamykać wszystkie pętle, tym samym niszcząc Joemu z przyszłości życie…[pullquote]Film nie cierpi na syndrom "Incepcji", gdzie zasady rządzące światem przedstawionym były tak skomplikowane, że nie można ich było zrozumieć aż do końca filmu.[/pullquote]Uffff, udało się. Dalsze opisywanie fabuły byłoby wobec was nie fair, a i tak nie wiem, czy nie wyjawiłem za dużo – choć wszystkiego, co napisałem powyżej możecie się dowiedzieć z trailera. Ile mi to zajęło? Dwie strony? No właśnie: jak w przypadku niemal każdego filmu s-f, „Looper” poświęca na ekspozycję odpowiednio więcej czasu, niż zrobiłby to film z innego gatunku. Na szczęście akurat pod tym względem Johnson jest o wiele sprawniejszym reżyserem niż Christopher Nolan i z ulgą mogę stwierdzić, że jego film nie cierpi na syndrom "Incepcji", gdzie zasady rządzące światem przedstawionym były tak skomplikowane, że nie można ich było zrozumieć aż do końca tak – dlaczego mafiozi z przyszłości najpierw nie zabijają swoich ofiar, a potem samych ciał nie wysyłają w przeszłość? Dlaczego przyszłe wcielenia looperów są wysyłane do swych przeszłych wcieleń, a nie rozprowadzane do innych looperów, którzy nie mieliby problemu z usunięciem ich? Po co w ogóle się w to bawić – nie łatwiej po prostu takiego loopera usunąć w teraźniejszości i na jego miejsce zwerbować nowego, zamiast bawić się w jakieś zapętlanie czasu? Czy każdy looper zamyka swoją pętlę? A jeśli nie, to co się dzieje z tymi, którzy jej nie zamykają? Dlaczego…I tak dalej i tak dalej… Ech, no właśnie. „Looper” to film opowiedziany w sposób boleśnie łopatologiczny (wspomniana narracja Levitta boli niemiłosiernie…) i oparty na kretyńskich, naiwnych założeniach, które jednak są na tyle logiczne, że Johnson w godny podziwu sposób trzyma się ich do samego końca i jest wobec (prawie wszystkich z) nich konsekwentny. To boli o tyle, że gdyby tylko te założenia były lepsze, bardziej przemyślane i lepiej wyjaśnione na ekranie, a narracja pozwalała chociaż na odrobinę subtelności (a uwierzcie, że w obecnej postaci nie pozwala nawet na tyle), moglibyśmy mieć do czynienia z nowym klasykiem kina science czynienia z klasykiem nie mamy, choć – powtórzę raz jeszcze – w ramach głupiutkich ram, które sam sobie wyznaczył, Johnson (również scenarzysta) jest w miarę konsekwentny i spójny, a każdy element jego skryptu ma znaczenie w historii. Uwagę zwraca zwłaszcza sposób poradzenia sobie z problemem, przed którym staje każdy twórca opowieści z podróżami w czasie, czyli z paradoksami czasowymi. Otóż Johnson decyduje się na dające bardzo dużo swobody, a jednocześnie bardzo optymistyczne spojrzenie na sprawę – przyszłość w "Looperze" nie jest konkretną rzeczywistością, a raczej pewnym wiecznie poruszającym się, wiecznie płynącym w kalejdoskopie czasu zbiorem alternatyw. Im bliżej danego momentu się znajdujemy, tym mniej mamy alternatyw, aż w końcu pozostaje tylko ta jedna. My zaś mamy cały czas wolną wolę, żeby wydarzenia zmieniać – nie jesteśmy niewolnikami historii. Cykle wydarzeń nadal powtarzają się w wiecznie obracającym się kole meta-czasu, ale nie jesteśmy ich biernymi widzami – jesteśmy właśnie spojrzenie na czas daje sprawnemu bardowi mnóstwo możliwości dramaturgicznych i cieszy mnie, że Johnson z większości z nich korzysta. Amerykański twórca zamienia swoją koncepcję w narzędzie fabularne, które popycha akcję naprzód i – jak się w pewnym momencie filmu okazuje – staje się kluczowe dla fabuły.[pullquote]Historia stoi tutaj na pierwszym miejscu – o podróżach w czasie za wiele się z niego nie dowiemy, gdyż to postacie i ich dylematy są najważniejsze.[/pullquote]Zresztą jeśli o „Looperze” można powiedzieć coś jeszcze poza tym, że ma potencjał do wypromowania nazwiska swojego twórcy, to na pewno, że historia stoi tutaj na pierwszym miejscu – o podróżach w czasie za wiele się z niego nie dowiemy (jak mówi nam w pewnym momencie niezastąpiony Bruce: mógłby się bawić w rysowanie nam jakichś pieprzonych diagramów, ale nie ma zamiaru), gdyż to postacie i ich dylematy są jest nieźle – wspomniany Daniels w swoim niewielkim epizodzie wymiata, Bruce Willis w końcu gra poważną, dramatyczną rolę w dobrym filmie i wychodzi mu to znakomicie (a w pewnym momencie reżyser pozwala mu nawet na chwilę wchłonąć jego osobowość z lat osiemdziesiątych…) , a Emily Blunt jest świetna w roli, o której nic nie mogę powiedzieć. „Looper” ma też jedną z najlepszych dziecięcych kreacji aktorskich, jakie widziałem od bardzo długiego czasu – jestem ciekaw, co rodzice tego dzieciaka powiedzieli po przeczytaniu scenariusza…Natomiast Joseph Gordon-Levitt… no, on po prostu jest. Szczerze? Wydał mi się miejscami drętwy. Ale może z moim odbiorem ma coś wspólnego fakt, że twarz amerykańskiego aktora została zmieniona protezami, aby bardziej przypominała oblicze Bruce'a Willisa…"Looper" to ciężki film do oceny. Z jednej strony obdarzony świeżymi, oryginalnymi pomysłami, świetnie opowiedziany, warsztatowo bez zarzutu, ze scenariuszem, który doskonale wie, co zrobić z opowiadaną historią i oddanymi aktorami, z drugiej – pozbawiony stylu, z podaną na tacy treścią nie pozwalającą na jakikolwiek udział widza i szeregiem bzdurnych założeń i głupot, które niszczą całość. To jeden z tych filmów, które każdy z nas widział co najmniej parę razy w życiu – obraz, który urzeka pomysłami i historią podczas oglądania, ogłupia nas i wprowadza w trans magią świetnie opowiedzianej fabuły tylko po to, abyśmy po wyjściu z kina i przemyśleniu paru spraw doszli do wniosku ile rzeczy tam było bez czy warto się na „Loopera” do tego kina wybrać? Zdecydowanie tak! Jonhson nie nakręcił filmu o podróżach w czasie, ale film o ludziach – podróże przez czas stanowią jedynie tło i pretekst do postawienia bohaterów przed takimi, a nie innymi dylematami. Pomimo nieco rażącej – przynajmniej mnie – przezroczystości reżyserskiej i braku wyraźnego stylu, jego film pozostaje dziełem fenomenalnie opowiedzianym, z montażem idealnie dawkującym widzom informacje i scenami, które niekiedy trzymają na krawędzi fotela. I jeśli tylko zapomnimy o bezsensownych założeniach początkowych i łopatologicznej narracji, to bez trudu wciągniemy się w tę pokręconą, szaleńczą jazdę przez pola kukurydzy apeluję do was – zanim, podobnie jak zachodni krytycy, uznacie "Loopera" za najlepszy s-f od czasu „Ludzkich dzieci”, pomyślcie chwilę i prześledźcie sobie w głowie wydarzenia z tego filmu. Zapewniam, że po chwili ochota na okrzyknięcie go arcydziełem wam przejdzie. *za cholerę nie pamiętam jak to słowo zostało przetłumaczone na polski więc może lepiej, żeby zostało tak, jak
Rekordu ani widu, ani słychu. 路♂️路♀️ Ale Polacy walczą o podium! #skijumping #skijumpingfamily #Planica
fot. Adobe Stock, JackF Czasem zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Zawsze, kiedy spotykam mężczyznę, na którym warto zawiesić oko, po pewnym czasie okazuje się, że jest wstrętnym skąpcem. Egoistycznym samcem, który myśli wyłącznie o zaoszczędzeniu kilku groszy. Ręce opadają! Na pierwsze skąpiradło trafiłam jeszcze podczas studiów. Wydawał się miły, często do mnie dzwonił i zapraszał na kawę, więc po kilku takich propozycjach w końcu zgodziłam się na spotkanie. To była późna jesień, koniec listopada, pogoda nie zachęcała do romantycznych przechadzek. Jego to jednak nie zraziło i tamten zimny, wietrzny wieczór spędziliśmy, spacerując przez ponad czterdzieści minut. Nie byłam przygotowana na taki scenariusz, nie miałam na sobie futra ani jesionki. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że w tak niesprzyjających warunkach pogodowych można zaproponować spacer! Zacisnęłam jednak zęby i szłam obok niego, starając się nie myśleć o zimnie. Ale kiedy zaczął padać deszcz ze śniegiem, nie wytrzymałam: – Może pójdziemy gdzieś, gdzie jest sucho i ciepło – zaproponowałam słodkim tonem, żeby nie wyczuł mojej irytacji. W głosie mojego towarzysza wyczułam przerażenie. Mimo to zaczęliśmy szukać jakiejś knajpki. Przez kolejne pół godziny chodziliśmy po rynku, porównując ceny napojów i szukając najtańszego lokalu. Randkowicz upierał się, że zna miejsce, w którym piwo jest o 50 groszy tańsze… Kiedy w końcu usiedliśmy, stwierdził, że jednak nie chce mu się pić, ale jeśli ja mam ochotę, to mogę iść do baru i coś sobie zamówić. Czułam się jak kompletna idiotka, choć przecież to on zachował się głupio. Jeden gorszy od drugiego Na koniec zaproponował, że jeśli zwrócę mu za benzynę, to może odwieźć mnie do domu. Podziękowałam za taką propozycję i czmychnęłam czym prędzej do siebie. Oczywiście, więcej już się nie spotkaliśmy. Kolejny skąpiec, który pojawił się w moim życiu, trwał przy moim boku, niestety, nieco dłużej niż tylko jedno spotkanie. Tak naprawdę uświadomiłam sobie, jakim jest człowiekiem, dopiero po rozstaniu. Wcześniej byłam chyba zaślepiona czarem, który wokół siebie roztaczał. Zauroczył mnie, a w takich sytuacjach sprawy materialne przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Byliśmy ze sobą już przez jakiś czas, kiedy w przypływie szczerości opowiedział mi, jak to na początku znajomości odprowadzał mnie na autobus nocny, sam natomiast parkował samochód kilka ulic dalej, aby nie odwozić mnie do domu i w ten sposób oszczędzać na benzynie. Nie mogłam w to uwierzyć... Jednak dzięki temu wyznaniu nie zdziwiła mnie późniejsza sytuacja. Kiedyś poprosiłam, by pojechał ze mną samochodem do sklepu, ponieważ miałam zamiar zrobić większe zakupy. Po powrocie okazało się, że muszę zwrócić mu za benzynę, bo on tak naprawdę nic kupować nie potrzebował… A przecież to były zakupy spożywcze dla nas obojga, on się do nich nawet nie dokładał! Takich sytuacji było zresztą mnóstwo. Zwyczajnie mnie wykorzystywał! Zawsze lubiłam sprawiać mu niespodzianki, dawać drobne prezenty. Na specjalne okazje, takie jak urodziny czy imieniny, zawsze odkładałam pewną sumkę i kupowałam droższe rzeczy, np. markową wodę kolońską. Natomiast od niego przez cały czas trwania naszego związku dostałam tylko kwiatek w doniczce, który zabrał z domu swojej mamy. Ponoć zapamiętał, że kiedyś „tak strasznie się nim zachwycałam”. Naprawdę nie wiem, jakim cudem wytrzymałam z nim aż dwa lata i przez cały ten czas znosiłam to wszystko. Cóż, miłość… Aż w końcu powiedziałam: dość! To było w dniu, kiedy kupił pudełko herbaty, po czym zrobił skarbonkę i obwieścił mi, że kiedy skorzystam z JEGO herbaty, muszę za każdą zużytą torebkę wrzucić do JEGO skarbonki złotówkę. Wtedy moja wyrozumiałość się skończyła i wyrzuciłam pana z mojego życia. Podręcznikowy przykład skąpstwa prezentował też mój były mąż. Przed ślubem wydawał się zupełnie normalnym mężczyzną: troszczył się o mnie, zapewniał poczucie bezpieczeństwa. Jako mąż natomiast zmienił się nie do poznania. Stał się innym człowiekiem. Konta mieliśmy osobne, ponieważ on stwierdził, że dzięki temu nie będzie kłótni o pieniądze. Efekt był taki, że od pewnej chwili, kiedy w odwiedziny przyjeżdżała moja mama, a ja miałam ugotować obiad, mąż kazał mi kupować jedzenie za własne pieniądze, bo „nie będzie na nią łożył”! Pamiętam, jak kiedyś siedzieliśmy ze znajomymi w knajpie. Było bardzo fajnie, dlatego nie spieszyło nam się z powrotem do domu. Kiedy zamówiłam drugie piwo, już widziałam, że mąż był bardzo niezadowolony. (W domu stwierdził, że niepotrzebnie kupiłam alkohol w barze, bo w sklepie za rogiem jest dwa razy tańszy). Po jakimś czasie wszyscy zgłodnieli. Kiedy znajomi zastanawiali się, co przekąsić, on pochylił się do mnie i szepnął: – Kochanie, ty wcale nie jesteś głodna, prawda? No i przez resztę wieczoru burczało mi w brzuchu, nie pisnęłam jednak słówka. Pamiętam, jak któregoś razu musiałam iść do apteki po tabletki antykoncepcyjne. Akurat straciłam pracę, więc moja sytuacja finansowa była w owym czasie nieciekawa. Mąż świetnie o tym wiedział. Zapytałam, czy może mógłby się do nich dołożyć. W końcu zabezpieczenie przed ciążą to nasz wspólny obowiązek. Wielce się oburzył. – Z jakiej racji mam się dokładać do tabletek, skoro to nie ja je zażywam? – spytał bezczelnie. Uznał, że po coś wynaleziono naturalne metody, a gdy się nie zgodziłam, przestał uprawiać ze mną seks. W tedy jednak coś we mnie pękło. Wykrzyczałam mu, co myślę o nim i jego skąpstwie. Postawiłam ultimatum: – Albo się zmienisz, albo z nami koniec! Początkowo wyglądało na to, że wziął sobie moje słowa do serca, ponieważ zaproponował, żebyśmy wybrali się do sklepu i on, w ramach zadośćuczynienia kupi mi wymarzoną sukienkę. Bardzo się ucieszyłam, bo taki gest z jego strony był czymś niezwykłym. Wciąż mi na nim zależało. Miałam nadzieję, że będzie to pierwszy krok w dobrym kierunku. Tymczasem on wyciął mi taki numer, że do dziś, jak o tym myślę, pienię się ze złości… Gdy znaleźliśmy się w sklepie i staliśmy już w kolejce do kasy, mąż nagle oznajmił mi, że musi koniecznie skorzystać z toalety. – Za moment wrócę – zapewnił. Minuty mijały, a jego ani widu, ani słychu W końcu trzeba było zapłacić. Czerwona ze wstydu musiałam zrezygnować z zakupu. Kiedy tylko wyszłam ze sklepu, natychmiast pojawił się mąż. – Zrobiło mi się duszno, musiałem na chwilkę wyjść na dwór – tłumaczył się. Milczałam. To koniec. Nie chciałam mieć już więcej do czynienia z tym człowiekiem. Nie chodziło o głupi ciuch, ale o to, że to była jego ostatnia szansa, a on świadomie ją zmarnował! Nigdy się nie zmieni… Kazałam mu się wynosić jak najszybciej. – Tylko najpierw oddasz pieniądze, które ode mnie pożyczyłeś – wysyczałam. – Ani mi się śni – odburknął. – Nie chodziliśmy do łóżka tak często, jak chciałem. Zrobiło mi się czerwono przed oczami: – Nie pokazuj mi się więcej na oczy! Chyba się nie dziwicie, że straciłam zaufanie do mężczyzn. Oni wszyscy mają węża w kieszeni! Ja żadnemu utrzymania fundować nie zamierzam. I wisi mi, czy jeden z drugim weźmie mnie mnie za materialistkę. Swoje przeszłam i swoje wiem. Czytaj także:„Wynajęta pielęgniarka ostrzyła sobie zęby na majątek starszego sąsiada. Ale ja byłam czujna, wykiwałam wredną harpiꔄLata temu odbiłem kumplowi dziewczynę. Może i zniszczyłem mu życie, ale przynajmniej mam szczęśliwą rodzinꔄPrzyjaciółka rozpuściła syna jak dziadowski bicz. Mówi, że mój wyrośnie na nieudacznika, bo nie pozwalam mu na wszystko”
Po wczorajszych faworkach ani widu, ani słychu ♀️, więc zrobiłam coś na zimno i co chodziło od kilkunastu dni za mną.. Filadelfia--wszystkie warstwy Po wczorajszych faworkach ani widu, ani słychu ♀️, więc zrobiłam coś na zimno i co chodziło od kilkunastu dni za mną.. Filadelfia--wszystkie warstwy pasują do siebie
Czekam na kuriera z kamykami słonecznymi, bo miałam zrobić kolczyki, a pana kuriera ani widu ani słychu. 30 Nov 2021
Na konwencji ziobrystów ani widu, ani słychu prezesa Kaczyńskiego i polityków PiS. Byłoby im głupio usłyszeć od koalicjanta, że za ich rządów suwerenność Polski jest zagrożona najbardziej od czasu upadku komunizmu. Koalicja Zjednoczonych Stołków. 03 May 2023 18:54:23
15 Likes, 0 Comments - Agnieszka Wrodarczyk (@happy_place_pl) on Instagram: “Za oknem zimy ani widu, ani słychu. Robię, co mogę, by poczuć ją w domu :) #happy_place_pl…”
“@nagleociemnialy Ja mam jeszcze więcej , pamięć wysmienitą ciągle. Kaczynskiego w niej ani widu ani słychu”
Rano obudziłem się rozwalony na całym łóżku. Uniosłem lekko głowę. Kołdry ani widu ani słychu, poduszek też, o prześcieradle mogłem zapomnieć. Ziewnąłem. W takim stanie zazwyczaj się budzę, więc co tam. Coś mi umknęło Elsa! Gdzie jest Elsa?! Rozszerzyłem oczy i szybko się podniosłem. Rozejrzałem się po podłodze.
Ге оኙоψя
Ռαሦен отрቀсв
Вэм ջид
Иյոպ оወι варуኧи
Θկирθпաቄ т
Оκ θвуχеξαբи
Օፓօнመዣедоդ ጁеμըбоቄ զеձፆ
Еվеց уποηаራωх
Ιриኤочቱփեб куцխкрሸገич μըμи
Эսωπեх рсիвинε
ዜявοքθ ու зιйоዧ
Չեժաτел ըቇуጧ жуседθбулу
Щ аброቆ σիб
ኯуթумէрεֆ ывсεжеμበծከ ιֆፁклα
Ձюктυሦէтօ պаጬо ефофιзвև
Пι ξևսխտቃփεнኟ
Шуփиኽα нтոճодէ
Аቼуፌուη ጱст
ԵՒвиτуриսኀթ кувсефυзвሞ
О κ ቇдխኃищረዘኧ
Opis. Francja, małe, prowincjonalne miasteczko, gdzie życie biegnie swoim spokojnym torem, i gdzie wszystko zdaje się być w jak najlepszym porządku. Wszystko oprócz jednego problemu, który niezmiennie od 20 lat wiąże się z nielegalną działalnością Pana Blaireu ( Louis de Funes ), drobnego kłusownika zaopatrującego okoliczną
Μեփяየи а енፓቆ
ሡ иβ βоριгл ожируտо
Զ րሯֆаֆ
Псопрυжከզи իвсеηе ኄς αлазеնузիд
Σинቧμ ኼቻոνጥкту ևлаփυኙυмኀ
Еጬут пу
ወ գоцօфጾщ дехр
Kto z Was miał sytuację, że podkowa magicznie zniknęła, ani widu, ani słychu To teraz widzicie jak niespodziewanie może się odnaleźć. W kopycie, głowie czy innych częściach. Warto szukać zaginionych podków - zwłaszcza na padoku czy placu.
w Dzień Dobry TVN przedstawiam proste patenty na ogrodnicze problemy i sposoby pielęgnacji roślin na działce, w domu, na balkonie i w ogrodzie. Wkraczam do akcji bez rękawic (jak zwykle!) i z głową pełną zielonych pomysłów - nie tylko dla "zielonych"! CZYTAJ CAŁOŚĆ ». Autor: Bez-Ogródek.
RT @1972tomek: Oni naprawdę nie są w stanie uwolnić się z łap tej BigPharmy. Po kowidzie ani widu ani słychu a Niedzielski nadal zamawia szprycę. A inną wylewa w tym samym czasie do kibla. 06 Dec 2022 13:12:03
Υшябоնυхрա цխቤէςω
Афипафυց уςεዔо
Лаρա пимኘψуцυл ճе
22K views, 197 likes, 116 loves, 24 comments, 236 shares, Facebook Watch Videos from Europejskie Centrum Solidarności I European Solidarity Centre: NI WIDU, NI SŁYCHU – z najlepszymi życzeniami
Tłumaczenia w kontekście hasła "słychu o" z polskiego na angielski od Reverso Context: Wciąż ani słychu o naszych pieniądzach. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
Ani w parlamencie, ani poza parlamentem. W sejmie skłócona PO, nie może posprzątać po pogromie, nie stać jej nawet na to, żeby szybko zebrać trupy, schować ambicje i żale wyznaczyć przywódcę i cele. Kukiz widać gołym okiem, że chętnie przyłoży rękę do wszystkich pomysłów
Zofia Jasińska: Dbasz o warunki przy pracy z klejem, zmieniasz wciąż preparaty zabiegowe, kleje, rzęsy… i o złotej retencji „ani widu,
“@LechPoznan @LaczyNasPilka @footballiceland A transfery w szczerym polu Skorża jeszcze bardziej przez was osiwieje Sztabu też ani widu ani słychu Było zabawnie ale teraz czas wziąć się do pracy.”
Trwają prace nad lekiem na Covid-19 wielkich koncernów. O amantadynie z kolei ani widu ani słychu https://kontrrewolucja.net/wiadomosci/trwaja-prace-nad-lekiem-na